Nie wymyśliłam cię. Część 2
Wracała tu zawsze, gdy jej życie się rozsypywało. Taka oryginalna terapia zdjęciowa w niezwykłym miejscu. Tyle że to wymagało pewnej intymności, a ten facet jakoś nie zamierzał wychodzić. Gadał i gadał, wyciągnął jakieś stare klisze i pokazywał je właścicielce. Najgorsze było to, że od czasu do czasu podnosił wzrok znad klisz i patrzył na Martę dosyć uparcie. Miał oczy jak gorzka czekolada. Nie pamiętała już kiedy mężczyzna tak pożerał ją wzrokiem. Zrobiło jej się nieswojo, nie była przyzwyczajona do takich spojrzeń.
– Przepraszam, ale mam wrażenie, że skądś panią znam – odezwał się w końcu.
O matko! Co za banał. Powstrzymała się od nieprzyjemnej odpowiedzi tylko dlatego, że wcale nie był atrakcyjny. Zwykły taki facet około czterdziestki. Tych atrakcyjnych miała już serdecznie dosyć.
– Nie sądzę – odpowiedziała spokojnie. – Jestem z Krakowa, rzadko tutaj bywam.
Pokręcił głową i nic już nie powiedział, jednak nie przestał jej rzucać ukradkowych spojrzeń, co ją jeszcze bardziej onieśmielało niż wcześniejsze bezceremonialne gapienie się. Miała dosyć tej niekomfortowej sytuacji. Wtedy z zaplecza wyszła kobieta w okularach. Gęste ciemne włosy z pojedynczymi siwymi pasmami, ciepłe spojrzenie. Marta rozpoznała ją natychmiast. Renata.
– Pani chciała zdjęcia? – zapytała.
– Tak … ja… – Marta z irytacją poczuła na sobie spojrzenie nieznajomego. – Właściwie nie wiem – zakończyła beznadziejnie głupio. Kobieta spojrzała na nią ze zdumieniem.
– Pani mnie pewnie nie pamięta – brnęła Marta coraz bardziej idiotycznie. – Ja byłam tutaj jako małe dziecko, pani zrobiła mi takie piękne zdjęcia i od tej pory co jakiś czas tutaj do was powracam…. Nie, co ja gadam, pani nie może mnie pamiętać, tylu macie klientów, a tamta historia wydarzyła się 30 lat temu. – Marta poczuła, że się czerwieni, co jej się prawie nigdy nie zdarzało. Była zła, czuła jego wzrok, wiedziała, że przygląda się jej i słucha tego bredzenia.
To było takie strasznie krępujące. Jakby była na scenie! Cholera jasna, no co za typ!
– Ach! Marta! – to było niewiarygodne, ale Renata naprawdę ją zapamiętała. – Wybacz, rzeczywiście pojawiasz się rzadko, więc Cię nie poznałam. Oczywiście, że pamiętam! Ostatni raz byłaś chyba z siedem lat temu, pamiętam że byłaś w ciąży. Syn czy córka?
O Boże. Wyparła to z pamięci, że ostatnio kiedy chciała sobie poprawić nastrój u Rożków, nie była zupełnie sama. Znowu czuła się wtedy potwornie gruba i brzydka. Teraz patrzyła na Renatę za ladą nic nie mówiąc. Po chwili pokręciła przecząco głową. W zakładzie zaległa cisza, można ją było prawie zobaczyć jak obrzydliwą białą zimną mgłę. Pani fotografka patrzyła na Martę przestraszona, właścicielka przysłoniła usta dłonią. Marta spojrzała na mężczyznę, miał spuszczoną głowę. Nagle poczuła się winna, że jej obecność postawiła ich wszystkich w takiej niezręcznej sytuacji.
Nagle mężczyzna podał jej jedną z fotografii rozłożonych na stoliku.
– Igrzyska młodych, Lublin, sześćdziesiąty siódmy rok – wyjaśnił. – Mój ojciec robił te zdjęcia.
Marta odetchnęła, atmosfera trochę się rozluźniła. Poczuła jak opadają jej podniesione, nieświadomie napięte barki.
– Ciekawe – Wzięła do ręki fotografię. – Widzę, że jest tego więcej. – Zaczęła przeglądać inne zdjęcia. – Zawsze mnie to zadziwia, że ludzie kiedyś wyglądali inaczej niż obecnie, i to niezależnie od mody i fryzur. Po prostu inaczej.
– Prawda? – pochwycił mężczyzna skwapliwie. – Między innymi dlatego tak mnie fascynują te stare klisze. Mój ojciec zawsze był zapalonym fotografem amatorem – wyjaśnił chociaż nie pytała.
Uśmiechnęła się uprzejmie.
– Niech pani spojrzy – wziął do ręki kolejne zdjęcie, odsłaniając inne leżące pod spodem. – Ci młodzi wyglądają jak dzisiejsza młodzież uniwersytecka, a przecież to byli licealiści … Coś się stało? – przerwał nagle.
Marta ze zmarszczonymi brwiami wpatrywała się w odsłonięte zdjęcie. Próbowała coś zrozumieć. Serce zaczęło bić jej zbyt szybko. Odruchowo zacisnęła kciuk w dłoni, dziecięcym gestem, który wracał zawsze, gdy ogarniał ją niepokój.
Fotografia była inna od wszystkich pozostałych. Dworzec w Lublinie. Ludzie na peronie. A wśród nich — kobieta w zaawansowanej ciąży, idąca w stronę fotografa. Twarz przypominająca Fridę Kahlo. Matka.
Marta urodziła się w 1988 roku. Nigdy nie miała rodzeństwa.
– Wszystko w porządku? – zapytał mężczyzna.
Nie odpowiedziała. W jej głowie brzmiały tylko dwa pytania: Jaka tajemnica kryła się za tą ciążą z 1967 roku? I dlaczego matka nie wspomniała o niej do końca swojego życia?
